Skip to content

Zabije mnie multiteksting

O ile na przestrzeni wieków postęp cywilizacyjny i medycyna uporały się z poważnymi chorobami, tak jestem przekonana, że w dobie internetu umrę z powodu pisania zbyt wielu tekstów jednocześnie. Wciąż jednak lepsze to niż uduszenie z nadmiaru słów, nadal czekających na przeniesienie na wirtualny papier.

Zabije mnie multiteksting.

Tych kilkadziesiąt napoczętych wpisów, które naprzemiennie uzupełniam o dalsze zdania i porzucam. Kolejne dziesiątki zanotowanych tytułów wraz z myślą przewodnią, abym nie zapomniała, o co właściwie chodziło, gdy w środku nocy zrywałam się z łóżka, żeby zanotować temat, mogący do rana umknąć, a tym samym nie przynieść mi w przyszłości ani poczucia dobrze ujętych uczuć – do których w celu odświeżenia wspomnień powrócę po miesiącach czy latach – ani internetowego fejmu. Kilkanaście wpisów, na które koncepcje zmieniam średnio co pięć minut, i drugie tyle mających nigdy nie ujrzeć światła dziennego.

Po części to z powodu niezmiennego od momentu założenia bloga poczucia, że cały wszechświat nie pragnie niczego bardziej niż tego, aby poznać moje zdanie. Póki więc lista książek czekających na opisanie uparcie nie chce się skrócić – śmiem przypuszczać, że w zadziwiającym nawet dla mnie tempie się wydłuża – odpowiednie dla nich słowa pochwały bądź hejtu nie będą dawały mi spokoju, uparcie usiłując się wydostać i dać poznać szerszej publiczności.

Trochę dlatego, że o kulturze można pisać na tysiące sposobów, a ja mam ambicje, by wypróbować ich jak najwięcej. Inspiracja czyha w co piątym zdaniu „Zrób mi jakąś krzywdę”, w fajnych serialowych wątkach, we wspólnych cechach paru ostatnio obejrzanych filmów, w piosence, która średnio co godzinę leci na esce.

Wykąpmy się jeszcze raz w tych spranych gestach, kawałach i docinkach, wypijmy jeszcze kilkadziesiąt ślepych bruderszaftów, by następnego dnia po południu, umyci i ogoleni, ze zmiażdżoną głową, po czterech kawach stawić czoło dojrzałości.

I też dlatego, że pewna nowo nabyta dojrzałość, odwaga i dystans większy nawet niż dotychczas podpowiadają, by poszerzać horyzonty, czerpiąc z życia to, co można przekuć w nowy tekst. Oczy mam zatem szerzej otwarte, słuch bardziej uważny, intuicję wyostrzoną. Zamiast czytnika towarzyszy mi notes i czarny długopis, walający się w torebce od czasu matury z chemii – i pisząc analogowo na setkach karteczek dostrzegam nawet bardziej, jak wiele chcę jeszcze opisać, zgłębić, wyrzucić z siebie.

Zabije mnie multiteksting. Zamiast marszu pogrzebowego będzie dźwięk molestowanej klawiatury, na nagrobku: pisała 4 lata. Nici z non omnis moriar, bo blogowy pomnik chwały rozsypie się, literka po literce, w otchłanie internetowego niebytu, o ile nie zostanie opłacony kolejny rok hostingu.

Facebook
Twitter
Google+
Instagram